Olimpic Challenge Poznań. Niedomierzony poziom triathlonu

Poznań to tu w tym roku miała być Polska stolica triathlonu. Mnogość dystansów od sprintu aż do pełnego dystansu, a przy okazji Mistrzostwa Europy. Parada atrakcji i wielkie wyzwanie dla organizatorów. W Poznaniu pojawiłem się po raz trzeci. Kolejno startowałem na dystansie 1/4, 1/2 a w tym roku postawiłem na olimpijkę. Jak było ? Różnie, bo jak zwykle niuanse mają znaczenie, a finalnie jestem zadowolony właśnie z detali.
W Poznaniu jestem już po raz trzeci z rzędu i z każdym rokiem jest inaczej pod względem organizacji zawodów, tego, jaki dystans wybieram oraz czynników niezależnych jak pogoda. Miło wracam nad Maltę, a czuję, że coś się tutaj zaczyna wypalać. Wielkie ambicje, większa ranga zawodów, a za tym więcej zawodników i więcej kasy do zgarnięcia.
Czy wzrost wielkości imprezy idzie w parze z jakością? Chyba nie do końca. Widać to było w social mediach na długo przed startem, gdzie przez remonty i różne zawiłości organizacyjne, duże grono zawodników nie było zadowolonych z rozwiązań, które chciał wdrożyć organizator. Podstawowy zarzut to niemiarodajny dystans, który zawodnicy mieli pokonać do dystansu, za który płacą i na którym chcą wystartować. Wielu osobom też nie podobała się zmiana umiejscowienia mety. Moim zdaniem na Malcie wszystko grało w poprzednich latach i w tym roku mimo rozszerzenia ilości dystansów, też by dało radę. Jednak mówię to jako zawodnik z zewnątrz.
W przeddzień startu zjawiłem się w Poznaniu i ze wszystkim zapoznawałem się na nowo. Gdzie strefy, gdzie biuro i jak mają przebiegać zawody, dowiadywałem się na miejscu od znajomych. W biurze szybko ogarnięty pakiet, bez problemu wstawiony rower oraz sprzęt do stref. Jednak nadal w powietrzu czuć było atmosferę dezorganizacji i jakiegoś napięcia. Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, czy innym też się to udzielało. Podobnie czułem się przed Biegiem Rzeźnika. Tam też było zamieszanie z trasą i organizacją. Ja wiedziałem jedno – mam stanąć na linii startu i robić swoje.
Pływanie – 00:31:03 – 415 miejsce
W tym roku pływanie szło w drugą stronę względem poprzednich lat i nawet mi odpowiadało, była to jakaś odmiana. Start z wody. Moja fala leciała tuż po zawodnikach PRO, o godzinie 10:10. Nie było trzeba długo czekać, więc szybciej będę mógł odpoczywać w strefie finishera i pić zasłużone piwko. 10:05 wpadam w bramę, przechodząc przez maty, siup do wody i trzeba dopłynąć do linii startu. Na miejscu trzeba było pomachać rękoma w wodzie co by trzymać pion i tak 5 minut zleciało szybko.
GPS złapany, wystrzał i lecimy. Tempo nie jest zachwycające, płynąłem tak na 80-90%, a w sumie tak jak pozwala tłum. Lekka pralka z tego wyszła, wkoło żabkarze i idzie tak sobie, trzymam się niby prawej strony, a po około 200-300 metrach nagle ratownik na desce i zgania ludzi na bok. Jakieś wąskie gardło. Że co, że skąd?! Zdziwiłem się, ale przepchnąłem się i płynę dalej. Bojek nie widzę, ale płynę za tłumem, trzymam linię więc nawigacja raczej dobrze.
Pierwszy zakręt, drugi zakręt i jesteśmy na długiej prostej. Dystans się lekko dłuży, ludzie się rozciągnęli, a ja staram się przyspieszyć. Do mety coraz bliżej, a ja w sumie dalej płynę swoje bez specjalnej mocy. Po kilku minutach nareszcie czerwona brama, wolontariusze pomagają wyjść z wody i migiem trzeba było ściągnąć piankę do pasa. To był chyba najkrótszy dobieg z wody do strefy. Stojaki był rzut beretem od wody.
T1 – 0:03:43
Szybko ściągnąłem piankę, worek w garść i lecę pod namiot. Tam szybko się przebieram. Kask na głowę, numer na pas, buty i ogień. Jednak zanim ogień nastąpił, to po założeniu jednego buta, w drugą nogę wbił mi się 0,5 cm gwóźdź. Nie wyglądało to dramatycznie, ale do cholery takie rzeczy w namiocie gdzie ludzie zasuwają na bosaka? Nic to, wyjąłem go, wywaliłem poza namiot i biegiem po rower. Rower pod pachę i dłuuugi podbieg do belki. Nogi po pływaniu się jeszcze nie otrząsnęły, a tu taki psikus. Parę metrów, parę kroków i wreszcie belka. Wskakuje na rower!
Rower – 01:06:36 – 338 miejsce
Początek to parę zakrętów i wyjazd na ulicę Warszawską, gdzie przez kilkanaście ciągnęła się długa prosta aż prawie do Kostrzynia. Jak mawia świecka tradycja z Poznania — skoro przed nawrotem jest WmordęWIATR, to z powrotem będziesz cisnął. Rzeczywiście początkowo wiało mocno i ledwo co średnia oscylowała koło 30 km/h. Przed nawrotem widziałem od siebie z ekipy Kubę, który szybciej wyszedł z wody. Od razu w głowie jedna myśl — gonię go! Jednak widząc to, że on już jedzie w drugą stronę, myślałem, że będzie ciężko go dogonić, jednak nawrotka nadeszła nadspodziewanie szybko.
Po nawrocie złapałem wiatr w żagle i średnia z kolejnych 5-km odcinków równała do 38 km/h. Goniłem króliczka, jednak sprawa dystansu siedziała gdzieś w głowie i powodowała niepokój. Tłumaczyłem sobie, że gdzieś przed końcem trasy pokręcimy się bliżej strefy zmian i te 40 km będzie w sam raz. Jednak prosta zaczynała się kończyć, jedno rondo i już zakręt w stronę Malty. Na liczniku ledwo co 36 km, a tu już belka. Ledwo co wyhamowałem i nie było czasu na nic.
T2 – 00:01:32
Tak się dziwnie dotoczyłem do tej drugiej strefy zmian i zasadniczo zostałem wybity z rytmu. Niedomierzona trasa rowerowa zrobiła swoje, bo nie wiedziałem, kiedy mam się wyswobodzić z butów, aby na boso szybko zabiec do strefy. Belka na górce nie pozwoliła na taką roszadę i z roweru tak jak i na rower leciałem w butach.
Cud, że w ostatniej chwili wolontariusze złapali mój rower, bo cała grupka stała jak sieroty i nie spodziewali się, że zawodnik chce oddać rower. Na szczęście jeden był przytomny i rzucił do drugiego: ŁAP ROWER!
Poleciałem do stojaków z workami i już chciałem zrzucać jedne, a wsuwać drugie buty. Jednak moje dziewczyny i/lub sędzina krzyknęli, żeby lecieć do namiotu. Migiem pod dach i tam szybka zmiana. Wsunąłem Nike Free i po nieco ponad 90 sekund zasuwałem na trasie biegowej.
Bieg – 00:42:35 – 123 miejsce
Początek biegu to jak zwykle za szybki bieg, bo człowiek w głowie, ciągle porusza się na rowerze. Jednak bez zaciągania specjalnego hamulca trzymałem tempo poniżej 5 min / km. Przyjąłem taktykę Krasusa, żeby wybierać sobie mały cel tzn. zawodnika X i próbować go wyprzedzić. I tak się rozkręcałem z każdą setką metrów i zawodnik za zawodnikiem widział moje plecy. Tylko jeden był mocniejszy ode mnie i odszedł mi mocno do przodu. Czasem łyknąłem dwóch naraz, ale zasadniczo zabawa w gonienie króliczka spełniała zadanie.
Jednak nadal w głowie miałem myśl, gdzie jest Kuba ? Nie mógł mi tak odbiec, a na tych 10 km powinienem dać radę go złapać. Z km na km przyspieszałem, natrafiałem na znajome twarze i wyprzedałem kolejnych zawodników.
Na punktach specjalnie nie piłem ani nie jadłem, bo czułem, że lecę pełny i nic nie potrzeba. Trasa była ciekawa, bo ciągłe chodniki albo trawniki z kamieniami czy piach, do tego przebieg przy pętli autobusowej albo przez mosty. W sumie lepsze to niż ciągnąca się bez końca Malta. Coś się działo, to człowiek się nie nudził. Zbliżałem się już do końca drugiej pętli biegowej, aby już skręcić w stronę mety i wtem moim oczom ukazał się znajomy trisuit. To Kuba! :)
Oj moc w nogach i płucach podskoczyła o 100%. Pomyślałem — mam Cię — i zacząłem przyspieszać. Nie całe 2 km do końca. Na 1,5 km do mety już mijałem Kubę. On leciał swoje, a ja przyspieszałem i zszedłem poniżej 4 min/km. Jednak sama końcówka nie była łaskawa — kocie łby + końcowy podbieg = byle do mety.
Meta – 02:25:29 – 209 miejsce
Na ostatniej prostej obrałem sobie ostatni cel, ostatniego widocznego zawodnika przede mną. Myślałem, że wyprzedzę go przed metą, a on stanął na podbiegu. Oh come on! Kolego, tak bez walki? No ale nic, jego wybór. Ja cisnąłem swoje w granicach 4 min/km i po nieco ponad 2 godzinach 25 minutach zjawiłem się na mecie. Sam bieg wyszedł super i byłem z niego bardzo zadowolony. Na mecie ofkors medal, fotki, znajomi i marsz do strefy finishera, która była 100-200 metrów dalej. Na miejscu klasyki Poznania: lody, piwo, hamburgery, pizza czy owoce. Do wyboru do koloru.
Finito…
No i cóż można powiedzieć na koniec po samych zawodach oraz organizacji? Biorąc pod uwagę tylko mój dystans, to tragedii nie ma, choć szału też nie. Jak zwykle detale składają się na wielką całość i moim zdaniem wyszło średnio. Zamieszanie z trasami i ogólną organizacją, na wiele dni przed startem nie robiło dobrego wrażenia. Na samym starcie też okazuje się, że trasa jest niedomierzona. Na pływaniu dziwne wąskie gardło, które z tego, co wiem, nie tylko mnie zaskoczyło, a na biegu średnia trasa, gdzie przy nie farcie można było złapać kontuzję. Choć w tym ostatnim przypadku przymykam oko, bo to moja ulubiona część i dobrze mi poszło.
Kiepsko na rowerze też zadziałali wolontariusze, bo zamiast być czujnym na odbiór roweru od zawodnika, to stoją jak słup soli i są zdziwieni, że ktoś chce oddać sprzęt. Aha i ciekawa rzecz na koniec – odbiór worków z depozytów i stref zmian. W miejscu gdzie wydawano sprzęt, można było sobie swobodnie wejść i wybrać to, co chcemy zwinąć. Słabe pilnowanie co kto robi, normalna samowolka i jak to ktoś mówił ze znajomych: „Idę po worki z depozytów, chcesz nową piankę albo kask?”. Ciekawe ile było zgubionego sprzętu.
Tak więc wynik jest niezły, jestem zadowolony, choć pozostaje niedosyt i niesmak, że ponad 3 km brakuje na rowerze, więc czas byłby inny. Jednak trzeba patrzeć na detale i z nich w swoim wykonaniu jestem zadowolony. Sezon zakończony. Mało startów, ale lepiej pozostać z niedosytem niż przesytem tej tri-rywalizacji. W 2017 wracam!
PS. Prawdziwe jaja to były na pełnym dystansie, bo pływanie było krótsze o 800 metrów. Słyszałem różne wersje, że zawodnicy skrócili trasę, a sędziowie nie reagowali. Albo, że boje źle ustawione. Nie wiem gdzie leży i jaka jest prawda na ten moment, ale na imprezie tej rangi nie powinno być w ogóle takich dyskusji i takich tematów. Challenge’u nie idź tą drogą !
Super zdjęcia z trasy: RunEat :) Dzięki !