Challenge accepted! – czyli Challenge Poznań

RRozwój triathlonu w Polsce widać na każdym kroku. Następstwem wzrostu popularności tego sportu musiało być przybycie do naszego kraju największych federacji światowych, które stworzą kolejne zawody pod swoją banderą. I tak po federacji Ironman, w Polsce zagościła marka Challenge Family biorąc pod skrzydła poznańskie zawody. Czy wiele się zmieniło dla zawodników? Czy na lepsze?
Powiew zachodu
Pierwszym symptomem zachodniej imprezy były zachodnie ceny. Cena promocyjna to 399 PLN, natomiast w miarę regularna 549 PLN, a dla spóźnialskich było najdrożej, bo 849 PLN. I tak nie było tak drogo w stosunku do tego ile sobie liczy Ironman za swoje imprezy na dystansie 70.3. Mimo wszystko nadal jest to trochę pieniędzy za jeden wyścig. Można oczekiwać solidnej organizacji, bogatego pakietu i jakichś wodotrysków, które pozwolą nam poczuć, że wiemy i czujemy, za co płacimy.
Tak jak w zeszłym roku wydarzenie w Poznaniu to kilka imprez na różnych dystansach. W tym roku były biegi rodzinne, triathlon na dystansie sprinterskim, olimpijski i średnim. Ja byłem w Poznaniu w zeszłym roku i ścigałem się na ćwiartce. Tym razem postawiłem na pełną pulę, czyli dystans średni. Będąc od piątku w Poznaniu, można było poczuć atmosferę triathlonowego święta. Na szczęście w sobotę mogłem się wyspać i poobserwować zmagania innych. Mój czas miał nadejść w niedzielę o godz. 9:05. Płynąłem w pierwszej fali tuż za zawodnikami PRO. Pewne obawy miałem co do pogody. W zeszłym roku był skwar i duchota. Koło 30 stopni Celsjusza. Było tak ciężko, że kibicując znajomym w niedzielę drugiego dnia imprezy, latałem z butelką wody i polewałem biegnących, aby trochę im ulżyć w biegu. W tym roku jednak było lepiej, prędzej zapowiadał się deszcz czy burze niż upały. Choć w sobotę momentami było ciepło, to jednak jak się okazało w niedzielę nic takiego nie miało miejsca. Idźmy jednak po kolei, bo najpierw trzeba odebrać pakiet i wstawić sprzęt do strefy zmian.
Akcja organizacja
Pierwszy krok do dobrej organizacji zawodów trzeba wykonać samemu. Dlatego w zeszłym roku zarezerwowałem domek na Malcie, a dokładniej na Campingu Malta. Blisko do startu, blisko do biura zawodów. Po prostu blisko wszędzie. Pakiet odebrałem w sobotę rano, gdzie nie było ani żywej duszy, żadnych kolejek. Panie wolontariuszki tak się zajęły rozmową, że zapomniały mi wydać — co było dla mnie nowością — polówki startującego/finishera. Reszta rzeczy była spakowana w plecak z logo imprezy, który w konstrukcji podobny jest do plecaków basenowych np. marki TYR. Duży plus za taki praktyczny gadżet.
Strefa zmian była na drugim brzegu Malty, a do niego prowadził ok. 600 m podbieg. W niedzielę nie będzie lekko, bo ledwo się wyjdzie z wody, a tu już trzeba zasuwać. Podobnie jak w Sierakowie. Natomiast sama strefa dość duża, robiła wrażenie, choć podobnych rozmiarów była w Barcelonie. Do tego w Poznaniu wybrano system workowo-namiotowy, więc koszyków przy rowerach nie było. Dla niektórych nowość, dla niektórych stary patent. Moim zdaniem działa to bardzo dobrze i jest to kierunek, w jakim powinny podążać inne imprezy. Choć klasyczne koszykowanie też złe nie jest. Odprawę sobie odpuściłem na rzecz kolacji i prywatnego pasta party ze swoją ukochaną. Jak później się dowiedziałem, nic mnie nie ominęło. Wcześniej rozjazd na szosach z moją ekipą TriWawy i wstawienie roweru do strefy. Ot rutyna zawodnika.
Daleko jeszcze?
Niedziela. Pobudka przed 6. Pogoda za oknem ani dobra, ani zła. Nie jest gorąco, wręcz czuć lekki chłód, ale najbardziej daje o sobie znać wiatr. Oj będzie fala na wodzie. Z rana standardowe czynności przed startem i przed 7 już zawodnicy zaczęli się dobijać do restauracji na terenie ośrodka, gdzie wydawano śniadanie. Na sali w 99% widać tylko zawodników. Rozmowy o pogodzie, taktyce na start i stu innych rzeczach. Strefa była czynna do 8:30 więc po szybkiej konsumpcji trzeba było jeszcze pod pompować koła, zostawić worki na wieszakach i mieć czas, żeby wrócić na start. Do godziny zero nie było za dużo czasu.
Szybka rozgrzewka, pierwszy strzał i PROsi wystartowali, ja z resztą niebieskich czepków w wodę. Szybkie dopłynięcie na linię startu, chwila oczekiwania i poszli! Zaczynam spokojnie, średnio co widzę, nawigacja nie za dobra, a to wszystko przez wiatr i tworzącą się na wodzie falę. Mijam kilku żabkarzy i dalej robię swoje. Ręką za ręką i czekam na pierwszą boję nawrotową. Po kilkunastu minutach ukazała się moim zamglonym okularkom. Teraz czas na drugą. Tutaj najkrótszy odcinek, nawrót i już tylko droga do żółtej bramy. W międzyczasie styl, tempo ani warunki się nie zmieniają. Dalej robię swoje, a przy okazji dostaję od kogoś strzała w okolicę lewego ucha. Lekko zadźwięczało w uszach, ale płynąłem dalej. Po dłuższej chwili nareszcie koniec pływania i ulubiony moment zawodów. Ściągam piankę do pasa i zasuwam pod górę. Rzuciłem okiem na zegarek, a tam blisko 47 minut. Szok i niedowierzanie. Myślałem, że lepiej popłynę. W głowie mówiłem sobie, że to pewnie słaba nawigacja i dużo nadrobiłem. Jednak nie było czasu na dywagacje. Podbieg do strefy czekał. Truchcikiem, żwawo do przodu.
Wpadam do strefy łapię worek, przebieram się i odrzucam worek wolontariuszom. Rower pod rękę i znowu trucht do belki. Wskoczyłem na rower i ile fabryka dała, zacząłem napierać. Trasa mi była dobrze znana z zeszłego roku. Do pierwszej nawrotki średnia w granicach 40 km/h, a po nawrocie walka. Walka, bo tzw. wMORDĘwiatr nie miał litości, człowiek mielił nogą, a prędkość ledwo oscylowała pod 30 km/h. Minęło pierwsze kółko i z powrotem dobra jazda, fajna prędkość, a po nawrotce walka. Rower zrobiony o około 2:50. Byłem z niego zadowolony, a pod koniec jazdy miałem tylko jedną myśl. Teraz czekają na mnie 4 kółka biegu. Zobaczę swoich kibiców i będę walczył resztkami sił.
Po raz kolejny udało mi się wypiąć buty w trakcie jazdy, ale tym razem przed belką prawa noga zamiast wyjść z buta wyszła razem z butem więc w skarpetkach i jednym butem pod pachą pchałem rower przed siebie. Chwila na dywanie i już stojak, na niego rower i pędem do namiotu po buty. Szybkie T2 i tak jak w Barcelonie poszukiwanie toalety. Znowu moje poszukiwania skończyły się przy pierwszym punkcie żywieniowym. Niby strata 1-2 minut na toaletę to dużo, ale w perspektywie 20 km przede mną to była ulga. Pierwsze kółko bez historii. Przypomnienie sobie trasy i czekanie na kolejne. Drugie to samo, choć zacząłem przyspieszać, a przy okazji spotkałem swojego kumpla z teamu — Jarka. Razem przebiegliśmy koło 1-1,5 km i dalej samotnie pobiegłem na ostatnie 10 km. I tak km za km nic się nie działo, nogi bolały, skurcze chciały mnie łapać, aż złapał jeden. Nie skurcz, tylko kumpel — Mateusz. Zostało ze 3 km do mety, a on leciał w gazie po 4:40 na km. Krzyknął, żebym podłączył się pod niego. Ja biegnąc po 5:30 mniej więcej poprzednie km, nie czułem się na siłach do tak morderczego finiszu. Nie ten dzień. Jednak zacisnąłem zęby i biegliśmy. Noga za nogą, metr za metrem i tak jakoś utrzymaliśmy tempo. Finisz sprintem i udało się! Wbiegliśmy w jednym momencie na metę i nasze cierpienia skończyły się po blisko 6 godzinach.
After
Na finishu trener, znajomi i cała chmara zawodników, a w tłumie kibiców moja ukochana. Marzyłem o czymś zimnym do picia, co nie było wodą ani izotonikiem. Niestety była tylko woda i izotonik. Piwa nie liczę, bo nigdy nie dadzą go bezalkoholowego dla kierowców, którzy tuż po zawodach muszą wracać do domu. Na szczęście moja kobieta czekałą z zimną i jakże pyszną colą, o której marzyłem przez cały bieg. Wracając do strefy, to wybór jedzenia też nie robił szału, ale było przyzwoicie. Najlepiej wypadły burgery oraz niezastąpione pomarańcze i arbuzy, a do tego ciasto i lody. Do tego w strefie można było klapnąć na leżaku albo pomoczyć się w zimnej wodzie w rozstawionych basenach.
Challenge Family vs IRONMAN
Jak dla mnie Challenge Poznań to udana impreza. Dobre trasy, super kibice i fajna atmosfera. W tym roku nie podobała mi się logistyka strefy zmian oraz trochę monotonna strefa finishera pod względem jedzenia i picia. Nie mało kasy się daje za pakiet, to jednak chciałbym mieć większy komfort wyboru, zwłaszcza gdy już mam dość wszystkiego na finiszu. W Barcelonie było drożej, ale tam był taki wybór, że każdy znalazł coś dla siebie. Tutaj jednak byłem lekko rozczarowany, ale cóż jak widać, nie można mieć wszystkiego. Na razie Ironman wychodzi zwycięsko, ale nie oznacza to, że Poznań ma słabe zawody. Wręcz przeciwnie, stoją na niezłym poziomie. Bardzo dobrą robotę robią wspaniali wolontariusze, bez których żadne zawody by się nie odbyły. Dziękuję im za wzorową pomoc i obsługę na punktach żywieniowych. Dlatego wiem, że w przyszłym roku ponownie się tu zjawię. Ot taki stały punkt programu tak jak Sieraków. Do zobaczenia za rok!
Czasy, wykresy…
Fotki autorstwa Kuby Krysiaka.