Mój pierwszy raz. Ironman 70.3 Barcelona

ZZostać Ironmanem to marzenie nie jednego triathlonisty, zwłaszcza tego, który jest na początku przygody z TRI. Z czasem, gdy już się zmierzymy z tym dystansem, będą liczyć się tylko lepsze czasy. Ja zapragnąłem poznać smak imprezy z czerwoną M’ką na dystansie 70.3. Wybór padł na słoneczną Hiszpanię, czyli Ironman 70.3 Barcelona.
Przygotowania
Mając za sobą pierwszy sezon startowy w triathlonie i jednym starcie na dystansie 1/2 IM, myślałem o jakimś ciekawym celu na nowy sezon. Od razu w głowie pojawiła się myśl, żeby pojechać zagranicę oraz spróbować sił w międzynarodowej imprezie. Oczywiście chodziło o federację IRONMAN. Na Starym Kontynencie jest wiele imprez organizowanych przez tę organizację i fantazja może nas ponieść w wielu kierunkach. Mnie zależało, żeby pojechać w miejsce atrakcyjne turystycznie i po prostu atrakcyjne… dla mnie. Przeglądając możliwe terminy i miejsca, w oko wpadła Barcelona, a dokładniej Callela. Termin: maj. Piękne miejsce, ciekawe trasy, a do tego już byłem w Barcelonie. Wybór był tylko jeden! Od razu zacząłem zakusy na ekipę, która by była chętna na taki start, co by samemu nie jechać. Pierwszą osobą była moja towarzyszka niedoli treningów pływackich, czyli Monika vel Cośka. Wywiązał się dialog po treningu:
M – To gdzie ten Ironman?
W – W Barcelonie.
M – O fajnie! Lubię to miejsce i miałam tam panieński. A kiedy?
W – W maju.
M – A dokładnie?
W – 17 maja.
M – Oooo.. to moje urodziny. Startuje! Jedziemy!
I tak na gorąco pozyskałem pierwszego kompana wyprawy do Hiszpanii. Ostatecznie pod barwami TriWawy startowała Monia, Mateusz i ja. A do tego był najlepszy Ironman Crew, czyli moja Kasia oraz „Monia Angels”: Karolina, Marta i Magda. Z taką ekipą nie sposób było nie ukończyć tych zawodów.
Aha trzeba dodać, że po jakimś czasie nastąpiło lekkie zdziwienie, bo ta Barcelona była tylko z nazwy. Start odbywał się w Calleli, która znajduje się ok. 50 km od centrum Barcelony.
Baza
Jeśli jedziemy „zagramanicę” to trzeba pomyśleć o dobrej bazie hotelowej. Aby było wygodnie, dobrze karmili i żeby blisko było przed/po zawodach do biura zawodów, strefy zmian, na start i z mety. Padło na Hotel President, który był praktycznie w centrum Calleli. Natomiast wszystkie ww. miejsca znajdowały się w promieniu 1,5 km od hotelu. Idealna sprawa na spacerek, bo to ani za daleko, ani za blisko (choć mogłoby być zawsze bliżej ;)). W hotelu co rusz można było minąć zawodników, którzy krzątali się to na trening, to z treningu albo szli się odprężyć na hotelowy basen. Krótko i na temat: dobre ceny, fajny komfort i bardzo dobra kuchnia. Polecam! :)
Marka IRONMAN
Magia, jaka się roztacza wokół marki, jaką jest IRONMAN, można mieć wrażenie, że jest to elitarna organizacja, która robi najlepsze zawody na świecie i wysokie wpisowe nie jest przypadkiem. Nie mając doświadczenia na zawodach takiej rangi, muszę przyznać, że od początku czuć było, że impreza pod wieloma względami będzie tu na wysokim poziomie. Wszędzie na mieście od razu było widać, że odbędą się tu zawody triathlonowe.
Zbudowane na plaży miasteczko Ironman robiło wrażenie. Sam nie wiem, kiedy bardziej.. Czy przed zawodami, czy po zawodach. Na miejscu było oczywiście targi EXPO, na których można było dokupić gadżety, rowery, odżywki i praktycznie wszystko, czego dusza zapragnie. Na tle wystawców, w oczy rzucał się oficjalnym sklep Ironman’a. W nim dużo gadżetów marki, ale przede wszystkim gadżety związane z hiszpańską imprezą. Na pniu rozchodziły się czerwone bluzy, brandowane logo imprezy oraz wielką M’ką na plecach, która utworzona była z imion i nazwisk wszystkich startujących zawodników. Nie lada gratka, bo udało mi się ją kupić dopiero online! Sam odbiór pakietów zabrał kilka chwil. Potem odprawa. Standard.
Jednak poza polskim standardem było zachowanie organizatorów dla spóźnialskich. Monika za gapiostwo mogła obejść się smakiem startu. Wydawanie pakietów było do 12:00, o mniej więcej tej samej porze zaczynała się odprawa. Mnie udało się odebrać pakiet przed odprawą, a Monia jakoś zaaferowana atmosferą i odprawą techniczną, chciała po niej odebrać pakiet. Nikt nie wie, czemu tak się stało, nikt nie pamiętał deadline’u pracy biura zawodów. Ot przypadek. Niestety organizatorzy nie chcieli wydać pakietów, bo było już po czasie. Biuro się zamyka i nic już nie da rady zrobić.
Prośby, groźby i błagania, na nic się zdawały. Organizator powiedział, że pakiety „poszły na przemiał” i nie może być pobłażliwy, ponieważ są zbyt poważną organizacją, żeby robić takie wyjątki. Takich nieszczęśników było kilkoro. Niestety Monia była załamana i zamiast robić rozpływanie, myślała o tym, jak jej prezent urodzinowy pękł jak mydlana bańka. Jednak Monia i Marta (Support Crew Moniki) poszły po raz kolejny w bój, aby szukać rozwiązania sytuacji i ratunku bezpośrednio u kogoś z organizatorów. Znowu przypadek. Dziewczyny spotykały resztę zawodników bez pakietu, a gdzieś w tłumie trafił się ktoś z federacji. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Rozmowy na boku, reprymenda i cud! Wszyscy otrzymali pakiety… jednak Ironman pokazał ludzką twarz ;)
Oczywiście Cośka i jej humor zrobiły zwrot o 180 stopni. Łzy szczęścia i banan na twarzy. Teraz możemy myśleć o starcie! Gdy emocje opadły po tej sytuacji, trzeba było myśleć o przygotowaniu sprzętu i wstawieniu go do strefy zmian. Strefa znajdowała na terenie miejscowego klubu piłkarskiego. Rowery na murawie, a reszta strefy w wielkim namiocie. Sprawdzanie sprzętu, danych zawodnika itd. Co ciekawe tutaj nikt nie malował numerów na nogach czy rękach. Zbędny element. Po strefie czas na ostatnie przygotowania sprzętu i sen.
3,2,1.. START!
Start zaplanowany był na godzinę 7:05. Wcześnie bo o 7:00 startowali zawodnicy PRO. Pogoda była niezła, bo z rana było chłodniej. Niestety z każdą minutą i godziną było coraz goręcej. Ciekawą opcją był „kołowrotek” dla startujących. Każdy wchodził w ślimaka stworzonego z barierek, gdzie były odpowiednie deklarowane czasy, w jakim pokonamy etap pływacki, który odbywał się u wybrzeży Morza Śródziemnego.
Wybiła 7. Wystrzał. Najlepsi poszli w bój, a kolejka przesuwała się do przodu. Kilka minut oczekiwania i już ostatnia bramka, wbiegam do wody i napieram. Woda przyjemna, ale słona. Pralki dużej nie ma. Od początku płynę równym tempem, nawigacja też współgra i wszystko idzie po mojej myśli. Bojka po bojce i finisz. Wybiegam z wody, łapię butelkę wody. Łyk upity, reszta na twarz, aby obmyć sól i pędem do strefy. Pianka już w połowie rozdziana, a w namiocie szukam swojego worka. Kask, pas, buty i lecę.
Moja Kasia i reszta dziewczyn dzielnie kibicują. Łapię rower i długa na trasę. Co ciekawe pierwsze 5 km trasy kolarskiej puszczone było po mieście, jadąc po śpiących policjantach w ciasnych uliczkach. Przez to sędziowie nie interweniowali ws. draftingu. Prawdziwa trasa zaczęła się koło 10 km. Góry, UNESCO World Heritage Park i ok. 1200 m przewyższeń. Słońce paliło, a góry nie były bardziej płaskie. Pokonując dwa najwyższe wzniesienia, na ok. 45 km zaczęło się ostre zjazdy. Jako że nie jest to mój konik, a chciałem ukończyć zawody w jednym kawałku, to nie pędziłem w dół jak wariat. Serpentyny były dość ostre i złapanie 40-50km/h nie było problemem. Ja ciągle na hamulcu, że po kilku zjazdach już mnie ręka boli od ściskania klamko-manetki. Klocki rozgrzane do czerwoności, a w tle słyszę tylko pisk klocków przy carbonowych kołach. Do kompletu wrażeń jeszcze wszechobecny upał. Z czasem trasa już była bardziej przyjazna. Płasko, wiatr we włosach.. Trzeba napierać. Niestety jak już jest dobrze, to coś musi nawalić. Nawaliła „pompa paliwowa” tzn. pęcherz, a że „prawdziwy Kiler nie ma pęcherza”, to chęć skorzystania z toalety odsunąłem w czasie na etap biegowy.
I tak po blisko 3,5h zawitałem do strefy zmian. W międzyczasie moja świta kibiców była już zaniepokojona, tak i jak ekipa śledzące nasze poczynania przez internet. Co do samego T2, to muszę nadmienić, że pierwszy raz udało mi się to „w biegu”. Na rowerze rozpiąłem buty i wbiegłem z rowerem do strefy tylko w skarpetkach. Mała rzecz, a cieszy! Na zegarku chwila przed 12. Słońce grzeje jak szalone, a tu jeszcze półmaraton. Już w tym momencie byłem spalony przez słońce, ale oczywiście nie pomyślałem o wykremowaniu się olejkiem z filtrem. Choć moja Kasia mówi, że jestem ewenementem wśród zawodników, bo po wybiegu z wody wolontariusze wręcz rzucali kremem do opalania w zawodników. Ja oczywiście tego nie widziałem, ale co tam!
Wbiegłem do strefy, szybka zmiana, żel w garść i poszukiwanie toi-toia. Obiekt moich marzeń znalazłem po ok. 300m. Oczywiście zajęty. Prawie 2 minuty trzeba było poczekać, ale było warto. Po wyjściu wystrzeliłem jak strzała do przodu, aby nadrobić te parę sekund. Oczywiście biegło się lepiej, bo byłem lżejszy, ale też na początku pętli był cień drzew i punkt odżywczy. Zimna woda na ciało i można dalej napierać. W międzyczasie natrafiam na moją Kasię oraz resztę dziewczyn.. O dziwo Cośka już też dopingowała.
Zacząłem się zastanawiać, co ona tutaj robi, ale na głębsze wywody nie było czasu. Jeszcze 20 km przede mną. Pierwsze kółko na czuja, rozpoznanie wroga, a drugie już siłą woli. Upał wykańczał, buty mi się rozwiązywały, a ja się nie dawałem. Minuty mijały, kolejne kilometry za mną i wreszcie ostatni kilometr. Przyspieszam. Zamiast na kolejną pętle skręcam w kierunku trybun. Czerwony dywan, zegar odmierzający czas i ekran z nazwiskami finisherów. Po prostu META. Wbiegam na metę, przybijając piątki z kibicami i finiszuje. JEEEST! Udało się! Ponad 6 godzin na trasie i moje hiszpańskie piekło się skończyło. Na mecie moja ukochana kobieta czeka z zimny piwem, zimną colą i uśmiechem. Cieszę się z tego co się dzieje wokół mnie.
Po chwili odpoczynku udaję się do strefy finishera. Pierwsza kolejka za koszulkami dla zawodników, którzy ukończyli zawody. W tłumie wyłapuje mnie pani z obsługi, bo chce mi wygrawerować medal. Zupełnie o tym zapomniałem. Oddałem medal. Kilka chwil i gotowe. Wszystko jest na rewersie pięknego medalu. Dalej kolejka za jedzeniem, a ja zupełnie nie jestem głodny, ale mam chęć na coś zimnego do picia. Patrząc na wybór smakołyków, było widać, za co się płaci, dużo dań na ciepło, na zimno, słone, słodkie… czego dusza zapragnie. Ja zadowoliłem się kubeczkiem solonych migdałów i zimnym piwkiem. Z taki ekwipunkiem obrałem kierunek plaża, gdzie czekała na mnie Kasia oraz reszta ekipy. Na miejscu chwila oddechu, radości i refleksji na temat imprezy, która jeszcze się toczy i wiele osób walczy na trasie. Niestety po tym lenistwie, trzeba się ogarnąć, zjeść porządny obiad i zabrać sprzęt ze strefy. Przygoda niezapomniana, misja wypełniona, dlatego teraz już można było tylko wypoczywać.
Reszta wyjazdu upłynęła już pod znakiem słodkiego lenistwa. W końcu 70.3% Ironman zasłużył na odpoczynek, co nie? ;) Dzień po starcie trafiliśmy z ekipą na najlepszy i najładniejszy basen, na jakim pływałem ever: 10 torowy basen olimpijski pod chmurką. Od razu chciało się robić rozpływanie :) A poza tym: smażing, plażing i chilling :)
Czy było warto? Drogo taki biznes?
Oczywiście, że było warto i każda wydana złotówka/euro nie boli. Było to spełnienie sportowej ambicji, marzenia i celu, który został wytyczony przez ciężkie treningi. Czas mógłby być oczywiście lepszy, ale chciałem chłonąć tę imprezę od 1 do ostatniej sekundy. Pieniążków trochę poszło (koszty to około 3000 złotych), ale pieniądze to nie wszystko, bo liczą się chwile. W przyszłym roku mam zamiar ponownie tu zawitać, ale tym razem na jesieni, gdzie rozegrany będzie pełen dystans Ironman. Do zobaczenia!
Na samym końcu chciałbym podziękować za wsparcie i obecność mojej kochanej Kasi. Za doping Karolinie, Marcie, Monice i Magdzie oraz za współzawodnictwo Marcinowi, Mateuszowi oraz wszystkim zawodnikom. „Dzięki, dzięki.. jesteście wszyscy świetni!” ~ DJ Tuniziano :)
Czasy, wykresy…
Fotki są autorstwa ekipy: Marty, Magdy, Moniki, Mateusza i moje.