Życie na uwięzi. Czy istnieje trening bez elektroniki?

NNiedziela, dzień wolny. Dzień jak dzień do treningu. Mam wyjść na szosę i pokręcić trochę kilometrów. Niestety zapomniałem naładować swojego Garmina, więc nie będzie jak kontrolować prędkości i innych parametrów jazdy. Jedynie wiem w przybliżeniu, jaki dystans pokonam i ile mi to zajmie. Tylko dzięki temu, że jeżdżę tę samą trasę, którą już pokonałem wiele razy.. Czy mój trening będzie gorszy, czy lepszy nie mając zegarka biegowego? Na pewno będzie inny.
Ta sytuacja i ten jeden trening pokazał mi, jak jestem przywiązany do elektroniki. Brak Garmina nie był tragedią, ale jednak czułem się nieswojo. Dokładając do tego fakt, że nie jechałem sam i miałem dyktować warunki jazdy nie pomagały ani trochę. Jednak może to i lepiej? Na pewno byłem bardziej skupiony na pracy i zawzięty, by dawać radę. Był wiatr, było pod górkę? To napierałem, ile mogłem, żeby trzymać tempo. Nie oglądałem się na cyferki na wyświetlaczu zegarka czy ekranie telefonu. Taka nieświadomość pozwalała subiektywnie patrzeć na prędkość jazdy i wykrzesała ze mnie chęć do jeszcze bardziej wzmożonego wysiłku.
A czy nie można na co dzień tak trenować z zegarkiem? Na pewno można, ale nie zawsze się chce, bo patrzymy na tempo, tętno i trzymamy się go kurczowo, bo ale będzie za mocno albo za wolno. Czasami warto jest się dać ponieść nogom. Wiadomo, że biegnąc sprintem non-stop, gdy mamy wielokilometrowy trening w planie, to nie będzie to najlepszy pomysł albo gdy mamy konkretne założenia do zrealizowania. Jednak gdy czasem możemy pobiegać na luzie, dla siebie i bez napinki na wynik, to elektronika jest zbędna. Uwolnijmy się od niej! Taki reset i odcięcie od gadżetów da inną perspektywę treningu i korzystnie wpłynie na głowę. Bo okaże się, że dając z siebie tyle ile mamy i ile czujemy, dajemy i mamy więcej do zaoferowania niż nam się wydaje.