Never look back!

IInterwały mogą nam się kojarzyć, ale z treningiem i krótkimi przedziałami czasu. Dla mnie interwałem jest blogowanie i przerwy, raz krótsze, raz dłuższe, ale tu nie o pisanie tylko chodzi. Bo o moje życie, które w pewnym przedziale czasu było wypełnione treningami, zawodami. Żyłem sportem, aż w pewnym momencie coś we mnie pękło.
..złego początki
Wszystko zaczęło się sypać od lipca zeszłego roku i ciągnęło się przez kolejne tygodnie. Brakowało chęci do treningu, wyciskaniu z siebie siódmych potów i gonienie za wynikami. Wraz z kolejnymi kilometrami uciekała ze mnie wiara w to co robię jak powietrze z przekłutego balona.
Nogi może i chciały, ale głowa była zupełnie gdzie indziej. Zastanawiając się, po co to wszystko? Nie miałem odpowiedzi i nie widziałem w tym sensu. Miałem dość, po 4 latach intensywnego trenowania. Nie trzymałem diety, ale mnogość treningów oraz mniejszych bądź większych wyrzeczeń robiło swoje.
Chciałem odpocząć. Wziąć urlop od wszystkiego, ponieważ ja mogę, a nie muszę. Grande finale wszystkiego – Ironman 70.3 w Gdyni. Ostatni start, do którego chciałem cokolwiek robić. Ot ostatni akord i fajrant, można zgasić światło, a buty zawiesić na kołku.
Przerwa trwała około pół roku. Fakt, że po Gdyni zdarzały się pojedyncze treningi, ale regularność odeszła w zapomnienie. Zrezygnowałem z pływania z moją ekipą TriWawy i moja forma, odpowiednia waga odeszły w zapomnienie.
Na ich miejscu pojawiło się korzystanie z życia bez stresu na to, że jutro trening, że muszę to, muszę tamto… ja nic nie muszę.
W międzyczasie jeszcze trafiło mi się wystartować w dwóch imprezach spod szyldu Tour de Warsaw, czy zaliczyć Maraton Warszawski po piwnej posiadówce u kumpla (dzięki temu stałem się człowiekiem legendą… albo może chociaż anegdotą). Przed startem wzorowo się odwodniłem, pochłaniając czteropak złocistego piwka, zagryzając przy tym pikantnymi skrzydełkami kurczaka własnej roboty. Carboloadingowy zestaw mistrza!
Jednak jakimś cudem, udało mi się przekroczyć metę warszawskiego maratonu wspólnie z moim bratem Krzyśkiem. I tym sposobem cały mój ruch aż do grudnia zamarł.
Mały comeback
W grudniu postanowiłem wrócić do ludzi i wspólnego trenowania. Pływanie było pierwszym krokiem powrotu do normalności. Ekipa zrobiła swoje, bo między ludźmi człowiek jakiś był taki bardziej ludzki. Jest z kim pogadać, pościgać się… no po prostu jest inaczej.
Kilogramy ani forma specjalnie nie szybowały w górę, ale regularne pływanie zaczynało dawać pozytywy powrotu do poziomu sprzed przerwy. Trzeba sobie jasno jednak powiedzieć, że w wodzie utrata tego, co się wypracuje, jest szybsza niż odbudowanie tego. W bieganiu i na rowerze jest moim zdaniem łatwiej.
Chce mi się chcieć
Różne grzeszki, luz w stosunku do życia oraz brak ciśnienia na treningi zaczął się wypalać. Natomiast wróciła do mnie chciwość na trening, rywalizację i dążenie do optymalnej formy. Zwyczajnie chciało mi się chcieć. Bez specjalnego planu, ale z bojowym nastawieniem zacząłem zmiany w sobie 10 lutego, czyli w Środę Popielcową. Zacząłem trenować, a dodatkowo zrobiłem post od alkoholu, słodyczy, fast foodów i jakichkolwiek kolorowych napoi (Hola hola! To nie było też tak, że każdą z wymienionych rzeczy pochłaniałem, w nie wiadomo jakiej ilości, zwyczajnie odciąłem je od siebie i tyle.).
Ogólnie zacząłem zwracać uwagę na to, co, kiedy i ile jem. Zadziałała zasada 5 posiłków w miarę równych odstępach czasu. Dołożyłem do tego regularne treningi i efekty zaczęły się nieśmiało pojawiać. Tydzień po tygodniu wszystko szło do przodu.
A było co zrzucać, bo rzeczonego 10 lutego na wadze widniały cyferki wskazujące na ok. 94 kg. Teraz na przełomie kwietnia i maja waga oscylowała w granicach 81 kg. Może to szybki skok dla niektórych, ale ja tego nie odczułem w żaden negatywny sposób. Ciało i głowa reagowały pozytywnie, mając na uwadze solidny i przemyślany trening oraz zbilansowaną dietę.
Co dalej?
Przede mną kilka startów w różnych dyscyplinach i na różnych dystansach. Ważniejsze z nich to kolarski Tour de Warsaw, biegowy ultramaraton — Bieg Rzeźnika, czy pierwsza impreza triathlonowa związana z Warszawą, czyli 5150 Warsaw.
Zawody to zawsze moment sprawdzenia samego siebie, tego, co zrobiliśmy na treningu i jak wypadamy na tle innych. Ja osobiście nie mam w tym roku przesadnej napinki na wynik, jednak pościganie się z innymi oraz z samym sobą, to najlepsze co może się trafić jako ukoronowanie powrotu na dobre tory w trenowaniu. W końcu atmosfery z zawodów nigdzie się nie uzyska jak na zawodach.
Tak więc reasumując… muszę dalej walczyć i trenować bym mógł Panować :)