Tour de Warsaw 200. Kryzys był i się zmył!

OOstatni start kolarski i ostatni start w ogóle w tym roku. Po braku jazdy ostatnimi czasy trzeba było wsiąść na byka tzn. szosę i jakoś zrobić te 200 km. Lekko nie było, ale tragedia żadna też się nie wydarzyła. Była to kolejna super przygoda przy dobrej organizacji zawodów. Przed Wami Tour de Warsaw 200 w „7 myślach”.
1.
Przed zawodami w ogóle człowiek nie trenował, a zawody zbliżały wielkimi krokami. Wiedziałem, że ciężej niż w sierpniu nie będzie, a gorzej – jeśli chodzi o pogodę – niż kwietniu też nie będzie. Będzie trzeba pójść na żywioł.
2. Pierwszy raz w cyklu trafiłem na opcję PÓŁNOC, a nie POŁUDNIE. Subtelna zmiana, ale nareszcie człowiek jechał trochę w innym kierunku i w innych okolicznościach. Tym razem także dystans był jeszcze bardziej zbliżony do nazwy imprezy, czyli TdW 200 rzeczywiście było bliskie 200 km. Inna sprawa to, że nie było dalekiej mety lotnej w Jabłonnie. Start i meta na terenie OSiRu Saska. Ot taki mały handicap dla głowy.
3. Jazda do pierwszego punktu kontrolnego zleciała bardzo szybko. Głowa i nogi dawały radę. Nie było liczenia kilometrów, męczenia się i wyczekiwania. Żadnych przygód. Oczywiście trzymaliśmy peleton, zmiany co chwilę. Brak czasu na nudę, średnia prędkość to nieco ponad 30 km/h.
Pierwszy punkt kontrolny na stacji benzynowej przed Nowy Dworem Mazowieckim. Punkt zaliczony szybko i po małej pauzie ruszyliśmy dalej w stronę Czosnowa. Po wyjeździe z PK1. lekko mżyło i to był jedyny moment, kiedy pojawił się deszcz tego dnia. Za to dłuższymi momentami wiało, więc trzeba było się trzymać koła, aby nie zgubić grupy i nie tracić sił.
4.
Na trasie nie było dużego ruchu, nie trafiali się żadni idioci, więc nie było żadnych niebezpiecznych sytuacji. Po raz drugi w mojej przygodzie z TdW, mieliśmy support w postaci wozu technicznego. Takie wsparcie dawało większy spokój, że za plecami ktoś jest i jesteśmy bezpieczniejsi, a w razie potrzeby znalazło się coś do jedzenia, czy rezerwowy sprzęt.
5.
A propos sprzętu… mieliśmy do niego pecha, bo dwa razy padły gumy. Za pierwszym szybka zmiana dętki i jazda dalej. Drugim razem znowu powietrze zeszło, ale nie z nas i tym razem trzeba było wymienić także oponę. Tak dla spokoju ducha. Niestety taka złośliwość rzeczy martwych pozbawiła nas trochę czasu, ale patrząc pozytywnie, mieliśmy dwie dodatkowe przerwy, dzięki którym można było rozprostować kości.
6.
Niestety mój brak treningów zaczął się uwidaczniać po około 100 km. Liczne wiadukty i podjazdy zabierały dużo sił. Niby człowiek chciał kręcić, ale sił ubywało w zastraszającym tempie. Na ok. 135 km czekał drugi punkt kontrolny. 20 km przed bufetem było bardzo ciężko, miałem dość, grupa uciekała, a ja robiłem, co mogłem. Niby prędkość była, ale samotna walka z wiatrem nie pomagała. Na kilka kilometrów przed bufetem myślałem o tym, by odpuścić, a taka porażka by mi dała kopa w tyłek i materiał do przemyśleń, a przede wszystkim dużą dawkę motywacji, żeby brać się za trening. Bez tego daleko się nie zajedzie. Po cichu liczyłem na to, że na PK nr 2 pojawi się moja kochana Kasia i może jakoś się odrodzę. Na punkcie byliśmy ostatnią drużyną. Toaleta, ciepła herbata i coś do przegryzienia, a w międzyczasie rozciąganie i układanie planu na dalszą drogę. Ciężko było się zebrać, ale po chwili zjawił się 8 kolarz, a tak naprawdę kolarka. Moja Kasia! Ucieszyło mnie to bardzo i wlało dodatkowe siły w ciało, a przede wszystkim dostałem siły mentalne. Ekipa się zebrała i ruszyliśmy, pogadałem z ukochaną, która towarzyszyła nam przez ok. 20 km. To było bezcenne. Zostało już mało kilometrów i czułem, że zaczynam się odradzać. Pod koniec tempo nam lekko siadło, ale robiliśmy swoje i meta była coraz bliżej.
7.
Pomimo ciężkich chwil, skurczy i kryzysów udało się całej ekipie ukończyć zawody. Byliśmy ostatni, ale czy to ważne? Mogło być lepiej, gdyby nie pech z podwójnym łapaniem gumy i zmianami na trasie, ale każdy z nas dojechał w zdrowiu i w zadowoleniu, a to było chyba najważniejsze. Teraz trzeba wyczekiwać kolejnego roku pod szyldem Tour de Warsaw. Szykuje formę i czekam na kolejne kilometry.
Podziękowania dla całego mojego teamu, że daliśmy rade i ukończenie Tour de Warsaw 200 stało się faktem! Największe jednak podziękowania dla mojej Kochanej Kasi, bez której ten start by się nie udał. Poza tym, jak zwykle oklaski i szacunek dla organizatorów, którzy po raz kolejny potwierdzili, że znają się na rzeczy, a udział w tym cyklu imprez to czysta przyjemność! Do zobaczenia za rok!